W obecnych czasach bardzo ciężko trafić na tytuł, który będzie miał ciekawą fabułę i jeszcze ciekawiej poprowadzone misje. Nie jestem fanem gier opartych na czasach średniowiecza, a tym bardziej gier, które bazują na wydarzeniach historycznych. Dużo bliżej mi do gier opartych na science fiction lub cyberpunk. Ale po tym, co pokazał Wiedźmin w drugiej i trzeciej odsłonie postanowiłem dać szansę kolejnemu tytułowi, gdzie zamiast laserowych pistoletów macha się mieczem. Czy słusznie? O tym dowiecie się z tekstu poniżej.

Kiedy to się skończy?
Obecnie wiele gier pojawiających się na rynku wydawanych jest zbyt wcześnie, bo o wypuszczeniu danego tytułu nie decydują ludzie, którzy go tworzą, lecz ludzie którzy zajmują się księgowością. A Ci niestety nie mają zbyt dużego pojęcia o grach. Przygody o synu kowala również pojawiły się zbyt wcześnie na rynku. Ponieważ kiedy zaczynałem swoją przygodę w Kingdom Come: Deliverance, gra oferowała zupełnie inne rozwiązania rozgrywki niż kiedy kończyłem tytuł. Wiele rzeczy nie działało poprawnie, podczas ponad 100 godzinnej zabawy napotkałem się na wiele bugów i glitchy, które uniemożliwiały dalszą rozgrywkę. To spowodowało, że recenzja była kilka razy zmieniana i pojawia się ona z dużym opóźnieniem.

Wydarzenia historyczne
Kiedy słyszę o tym, że jakaś gra bazuje na wydarzeniach historycznych to mam mieszane uczucia. Z jednej strony, dobrze że ktoś ciągle pamięta o tym co było kiedyś, z drugiej kilka tytułów pokazało, że tematy historyczne średnio nadają się do gier. W przypadku przygód Henryka, mimo iż fabuła bazuje na wydarzeniach historycznych to mamy z nimi do czynienia bardzo rzadko. Dzięki czemu fikcyjna historia opowiedziana przez twórców gry bardzo dobrze zgrywa się z całością. Nie znam historii Czechów, a dzięki temu tytułowi dowiedziałem się kilku interesujących informacji. Kiedy kończyłem Wiedźmina 3 zastanawiałem się, czy na rynku kiedykolwiek pojawi się tytuł, który będzie w stanie dorównać fabularnie Wieśkowi. Na szczęście nie wszyscy na rynku myślą tylko o dodawaniu do swoich tytułów popularnego obecnie trybu Battle Royale, lecz są też studia, które dużo ambitniej podchodzą do gier, dzięki czemu w „Kingdom Come: Deliverance” nie narzekałem na nudę. Wątek główny jest ciekawie poprowadzony, a misje poboczne nie sprowadzają się tylko do przenieś, posprzątaj, pozamiataj, czy idź zabij i wróć po nagrodę. Oczywiście wspomniane misje pojawiają się w przygodach Henryka, ale mamy też innego rodzaju smaczki jak picie z proboszczem w karczmie, które notabene kończy się niezłą rozpierduchą i kazaniem w kościele na koniec misji. Tak dobrze czytacie kazaniem, które to Wy na kacu musicie wygłosić w kościele.

Realizm, na co to komu?
O ile do fabuły i misji nie można się przyczepić, tak już poprowadzenie gracza przez twórców nie do końca jest dla mnie zrozumiałe. Po prologu dostajemy do dyspozycji otwarty świat, jak to ma miejsce w innych sandboxowych produkcjach. Jednak zwiedzanie go i wybieranie tego co chcemy robić nie odbywa się tak samo jak winnych tytułach. A to dlatego, że mechanika gry nie do końca pozwala wybierać nam co chcemy robić. Po wspomnianym prologu należy udać się tak jak każe gra i wykonać kilka głównych misji aby można było myśleć o jakiejkolwiek walce z przeciwnikami. W innym przypadku jakakolwiek próba ustrzelenia kogokolwiek z łuku zakończy się fiaskiem a walka wręcz spowoduje szybki zgon Henryka. Po części, jest za to odpowiedzialny system rozwoju postaci, który w późniejszym etapie gry sprawdza się rewelacyjne, ale w początkowych godzinach rozgrywki ma braki. Jak już jestem przy systemach, czy też mechanizmach to należy wspomnieć o systemie machania mieczem, który rewelacyjnie sprawdza się na arenie z jednym przeciwnikiem, ale jest beznadziejny w momencie kiedy przyjdzie mierzyć się nam z kilkoma zbójami naraz. Nie pomaga przy tym wytrzymałość, która z każdym wykonaniem zamachu mieczem, czy też otrzymaniem obrażeń spada do zerowego poziomu, powodując że nasza postać nie będzie w stanie atakować ani uciekać. Kolejnym babolem, którego nie jestem w stanie zrozumieć to system zapisu gry, który został zaprojektowany tak, że tylko podczas odpoczynku w łóżku będziemy w stanie zapisać grę. Oczywiście, jak byśmy w trakcie gry chcieli zapisać grę, też jest taka możliwość ale do tego potrzebne będą tzw. sznapsy. Każdy zapis to jeden sznaps, a tych jest jak na lekarstwo. Twórcy starali się aby gra była w miarę realna, ale tworzenie takiego systemu zapisu w otwartym świecie to strzał w kolano. To się nie sprawdza zwłaszcza, że gra nie robi automatycznego zapisu po każdej misji i w sytuacji kiedy nie będziemy posiadali sznapsa a wykonamy kilka misji i zginiemy będziemy wracali do zapisu sprzed tych misji, które trzeba będzie powtórzyć. Jazda konna to kolejny nie trafiony pomysł, bo o ile jedziemy wolno to nic się nie dzieje. Ale w momencie kiedy zaczniecie jechać galopem, to zaopatrzcie się w miskę albo tabletki na chorobę lokomocyjną, bo obraz tak się trzęsie, że szybko przypomnicie sobie co jedliście na śniadanie parę godzin temu.

Na plus należy zaliczyć system zielarstwa, który potrafi nauczyć rozpoznawania kwiatów i ziół. Osobiście bardzo chwalę sobie takie rozwiązania w grze, bo może to czegoś nauczyć. Zabawa w małego alchemika też potrafi sprawiać frajdę, ale im dalej w las tym człowiekowi nie chce się poświęcać czasu na powtarzalne czynności. Na szczęście ten system doczekał się zmian w jednym z patchy i wystarczy wykonać raz wywar, aby potem z automatu można go było powtórzyć. A dzięki rozwojowi postaci i kilku umiejętnościom można ten efekt przyspieszyć do tworzenia kilku mikstur naraz.

Wybuchające komputery
Na koniec zostawiłem sobie kwestie techniczne, czyli czy komputer z Nasa będzie w stanie uciągnąć ten tytuł. W trakcie swojej ponad stu godzinnej rozgrywki miałem kilka mniejszych lub większych problemów z ustawieniami graficznymi, które nie zawsze się zapisywały lub były nie poprawnie zapamiętywane przez grę. Największy problem odnotowałem z ustawieniami cieni. W większości gier jest to jedno z głównych ustawień, które potrafi zabić komputer z najwyższej półki. Nie inaczej było z Kingdom Come: deliverance, różnica fps między ustawieniami cieni najwyższych a średnich to około 50 klatek. Jest to sporo tym bardziej, że dopiero pod koniec swojej zabawy odnotowałem różnicę w jakości. Nie będę wspominał o tym, że cień, a dokładniej głowy postaci, przez większość rozgrywki wyglądał jak maska, która nie była połączona z tułowiem. Od strony audio nie można do niczego się doczepić, poza tym że czasami wypowiedzi różnych postaci się zapętlały albo nakładały na siebie, ale to naprawdę szczegół.

Tak na koniec
Jeśli po przeczytaniu tej recenzji nadal zastanawiacie się czy warto, bo w sumie jest kilka negatywów, które mogą wpływać na grę to napiszę tak, że brać z zamkniętymi oczami. Zwłaszcza jeśli jesteście fanami średniowiecza lub gier fabularnych z otwartym światem. Tym bardziej, że twórcy naprawdę starają się i poprawiają bugi czy glitche, dodatkowo rozszerzając grę o nowe rozwiązania takie jak np. możliwość zmiany wyglądu fryzury i zarostu Henryka. Oczywiście w filmikach pre renderowanych, postać będzie wyglądała jak na starcie, ale kiedy tylko traficie na przerywnik, który jest tworzony przez silnik gry to i postać będzie wyglądać tak jak ją ucharakteryzowaliście. Może z czasem pre renderowane filmiki zostaną zastąpione tymi przez silnik i wtedy nie będzie takich niedociągnięć. Co nie zmienia faktu, że tytuł jest dobry i warty ogrania.
